Stres

Strach może być potężnym wrogiem. Mężczyzna, który się boi, nie osiągnie erekcji – a co, jeśli będzie się bał tego, że zawiedzie w łóżku? Pojawia się błędne koło, lęk przed zawstydzeniem sprawia, że zamiast myśleć o seksie (albo w ogóle nie myśleć), człowiek taki jeszcze bardziej się stresuje. Pamiętam, jak pojechałem z dziewczyną pod namiot, sytuacja była dość stresująca – niedaleko była wiejska dyskoteka, z tradycyjnym alkoholem i bójkami. Efektem było całkowite zablokowanie, wszystko wyglądało, że tak powiem, jak po wyjściu z bardzo zimnej wody. Oczywiście trzeba tu odróżniać stres od podniecającego niektóre osoby ryzyka.

Zaburzenia nerwicowe są dość często spotykane. Każdy z nas żyje w równowadze dwóch części układu nerwowego – współczulnego i przywspółczulnego. Jedna z nich odpowiada za reakcję „uciekaj albo walcz”, druga – za relaks, jedzenie i trawienie. Nadmierne pobudzenie pierwszej z nich prowadzi do nerwicy, a w konsekwencji do zaburzeń erekcji.

Brak równowagi ma wiele innych konsekwencji, z których nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Nadmierna stymulacja układu współczulnego każe nam szukać zagrożenia. I szukamy go – w rodzinie, sąsiadach, ludziach mijanych na ulicy. Stajemy się opryskliwi i nieprzyjemni. W efekcie otoczenie płaci nam pięknym za nadobne, okazując wrogość – co jeszcze bardziej pobudza nasz mechanizm „uciekaj lub walcz”. Ciężko wyjść z tego zaklętego kręgu. Wszystkim sterują hormony – zbyt wysoki poziom tych odpowiadających za stres będzie nam w życiu codziennym „nakazywał” szukać kłótni, walczyć z otoczeniem, a także sprawi, że przed stosunkiem będziemy myśleć głównie o tym, czy się uda.

Czasem taka osoba nie wytrzymuje i idzie do lekarza – tam dostaje pastylki szczęścia, SSRI, o których warto napisać kilka słów więcej, gdyż dość mocno łączą się z tematem. Wiążą się z nimi dwa problemy. Po pierwsze – same w sobie potrafią wywołać zaburzenia erekcji już po kilkunastu dniach stosowania, co gorsza – odstawienie tabletek często nie rozwiązuje problemu, potrafi się on utrzymywać przez długie, długie lata. Rekordziści utracili sprawność kilkanaście lat temu i dalej jej nie odzyskali. Po drugie – podczas ich rejestracji doszło do jednego z największych przekrętów w historii współczesnej medycyny.

Żyjemy w epoce EBM – evidence based medicine, medycyny potwierdzonej badaniami. Teoretycznie każdy lek powinien być przetestowany, mieć potwierdzone działanie i brak poważnych skutków ubocznych. Jak się okazuje, można to bez problemu przeskoczyć. Wystarczy wykonać odpowiednią ilość prób klinicznych, po czym opublikować tylko te, w których udało się uzyskać pozytywne rezultaty. Te, które poszły nie po myśli prowadzących po prostu się pomija. Można też zmienić cel badania w trakcie jego trwania – przykładowo testując szczepionkę przeciw grypie, wybiera się pomiędzy ilością dni z gorączką, odsetkiem zwolnień lekarskich z pracy, potwierdzoną testami liczbą zachorowań i tak dalej. Któryś wskaźnik musi wypaść korzystnie, nawet jeśli szczepionka nie zadziała. Pamiętam jak świat naśmiewał się z badania, w którym „udowodniono”, że pewne leki chronią przed chorobami serca – wykazano to w badaniu, w którym osoby biorące te leki miały większe ryzyko śmierci z powodu takich chorób, ale za to rzadziej odwiedzały lekarza. Pominięto śmiertelność, opublikowano tylko częstotliwość wizyt lekarskich.

Wszystkie te grzechy popełniono przy rejestracji SSRI. Miały to być super skuteczne i bezpieczne pastylki, aż 94% prób klinicznych dało pozytywny wynik! Jeśli jednak w tej statystyce uwzględnimy próby, których po prostu nie opublikowano, wynik ten spada do 51%, czyli praktycznie nie różni się od placebo (1). Dlatego coraz częściej słyszy się głosy środowisk naukowych twierdzące, że skuteczność antydepresantów jest zwykłym sfabrykowanym mitem (2). Oczywiście każdy kto brał te pastylki może potwierdzić, że coś robią – te 49% negatywnych wyników nie oznaczało, że chorzy nic nie poczuli. Owszem, poczuli – ale po pierwsze efekty uboczne były tak duże, że było to całkowicie nieopłacalne (na przykład znacznie częściej popełniano samobójstwa), po drugie – takie pastylki nikogo trwale nie wyleczyły, a nawet pojawiły się badania sugerujące, że ich stosowanie wręcz zmniejsza szansę na trwałe pozbycie się choroby.

Innymi słowy, radzę poważnie zastanowić się zanim ktoś zdecyduje się na wizytę u lekarza z powodu odczuwanego stresu. Może się okazać, że nie tylko tabletki nie pomogą pozbyć się stresu, ale też sprawią, że przez wiele lat, a może nawet do końca życia będą problemy z uzyskaniem wzwodu. Dopóki medycyna nie poradzi sobie z problemem „upiększania” wyników prób klinicznych, niewiele będzie różnić się od szamanizmu.

Jak pisałem we wstępie, zajmuję się medycyną alternatywną. Mogę chyba śmiało napisać, że w przypadku nerwic takie metody uzyskiwały najlepsze efekty. Na forum zgłaszały się osoby, które dosłownie nie były w stanie wyjść z domu z powodu potwornych ataków paniki. Po kilkunastu dniach wracały do normalnego życia. Metody radzenia sobie z nerwicami opisałem na oddzielnej witrynie – klik. Oczywiście nie ma sensu, by osoba zasadniczo zdrowa robiła całą skomplikowaną i niekiedy dość drogą terapię, natomiast każdemu polecam opisaną tam relaksację mięśniową dra Jacobsona. Zajmuje ona kilka minut, jest darmowa i potrafi naprawdę dużo zmienić. Powinno się ją wykonywać codziennie rano, można też wieczorem i – w miarę możliwości – przed stresującą sytuacją, w tym wypadku przed stosunkiem. Może się okazać, że po już kilku tygodniach problem ze wzwodem zniknie.

Nie chciałbym poruszać tutaj tematów, na których nie bardzo się znam, psychologię wolę zostawić osobom, które zajmują się tym zawodowo, bądź amatorsko interesują się w równym stopniu, co ja suplementami. Zaznaczam jedynie, że problem może mieć swoje źródło tylko i wyłącznie w psychice.

1. http://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMsa065779
2. http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18505564